Konsumpcjonizm- kiedy powiedziałam NIE

Gdybyście zatrzymali się na chwilę i zastanowili, to czy nie wydaje się Wam, że ciągle za czymś gnamy? Nieustannie… i bez wytchnienia? Zazwyczaj pogoń ta odbywa się za pieniądzem i dobrami materialnymi. Zasypujemy się później całą masą niepotrzebnych nam rzeczy i gadżetów. Pozbywamy się ich lub zagracamy nimi i gonimy za następnym ognikiem. Oczywiście mamy ku temu miliony wytłumaczeń, ale najkrócej można nazwać to konsumpcjonizmem. Wiele osób zdaje sobie z tego sprawę, inni nie są nieświadomi, albo widzieć tego nie chcą. Dzisiaj opowiem Wam o tym, kiedy ja przejrzałam na oczy. A może nie kiedy przejrzałam, ale kiedy w końcu postanowiłam coś z tym zrobić. Dlatego zapraszam Was na nowy wpis: Konsumpcjonizm- kiedy powiedziałam NIE

Na czym polega konsumpcjonizm?

Konsumpcjonizm to zmora dzisiejszych czasów. A może nie czasów, a ogólnie kapitalizmu? Bo odkąd mamy do wszystkiego dostęp, to nie jesteśmy w stanie się tym nasycić. Dajemy się wodzić producentom za nos i wszystko łykamy jak pelikany. Jesteśmy studnią bez dna i  nie sposób nas zapełnić. Myślicie, że ja byłam inna? Absolutnie nie! Nigdy nie zasypywałam się sprzętami domowymi itp rzeczami, bo w wynajmowanym mieszkaniu jest to problematyczne. Nie pociągały mnie również nowości technologiczne, choć nowy, porządny aparat wciąż mnie kusi. Jednak każdy z nas ma piętę Achillesową… moją są ubrania. Sukienki, torebeczki, broszki, rękawiczki, kapelusze, buty i wszystko inne! Nie umiałam przejść obok obojętnie. A moim podstawowym problem było kupowanie pod wpływem chwili. Coś było, piękne i unikatowe? A do tego jeszcze vintage? Muszę to mieć! Druga taka okazja się nie trafi! Nawet jeśli próbowałam zadawać sobie pytania typu: Do czego ja to założę? To najlepszą odpowiedzią było: Hej! Prowadzę bloga o modzie retro! Na pewno coś takiego się przyda!  I tak pomału moja szafa zaczęła pękać w szwach. Myślę, że i tak nie było ze mną źle, bo od początku widziałam problem. Co jakiś czas starałam się robić porządek w szafie i oddawać lub sprzedawać niepotrzebne ubrania. Była to jednak kropla w morzu potrzeb.

Blog o minimalizmie

Przełomowy dla mnie moment nastąpił kilka miesięcy temu. Nie wiem czy wiecie, ale moja przyjaciółka z liceum prowadzi bloga o slow life- Pattie.pl Od początku jej powrotu do blogowania, bardzo skrupulatnie ją obserwuję i czytam. Patrycja to nie tylko bardzo wartościowa dziewczyna, ale również osoba która zakreśliła 180 stopni. Kiedyś prowadziła bloga modowego, a teraz jest weganka i wyznawczynią minimalizmu. Szczerze Wam powiem, że początkowo wiele rzeczy o których pisała, były dla mnie czysta abstrakcją. Jednak za każdym razem, ziarenko minimalizmu kiełkowało w mojej głowie i zaczęłam się zastanawiać, po co mi to wszystko? Czy ta kolejna sukienka, torebka, toczek jest mi tak bardzo potrzebna do szczęścia? Przyszedł moment, kiedy sama przed sobą, stanowczo powiedziałam NIE! Postanowiłam kupować mniej rzeczy i nie robić tego impulsywnie, a każdy zakup dokładnie przemyśleć. Patrycja pewnie nawet nie wie, że to ona jako pierwsza wywarła na mnie dobry wpływ. Koniecznie zajrzyjcie na jej bloga, bo jestem pewna, że również znajdziecie tam coś dla siebie!

Jak pozbyć się zbędnych rzeczy?

Chodząc po domu i oglądając wszystko, analizowałam co tak naprawdę jest mi potrzebne, a co tylko się kurzy? Gruntownie przejrzałam swoją szafę i byłam przerażona tym ile rzeczy jest mi zbędnych. Przykładowo: Posiadam ok 10 kapeluszy (nie licząc toczków i fascynatorów), chodzę tylko w 2, góra w 3. To oznacza, że pozostałe 7 jest mi zupełnie niepotrzebnych. W szufladzie miałam kilka par spodni, a ja w spodniach prawie nie chodzę. Tych przykładów mogłabym wymienić wiele. Cała sterta ręczników, pościeli, szklanek itd. Bo przecież takich rzeczy nigdy za dużo! Kiedy tylko trafiła się okazja, nadmiar wszystkich domowych rzeczy oddałam pogorzelcom. Po tym kroku, przyszedł czas na ten dużo trudniejszy- przejrzenie szafy. Musiałam zdecydować z czym powinnam się pożegnać, a co zostawić.
Z częścią ubrań poszło mi gładko. W niektórych od dawna nie chodziłam. Pomimo tego w szafie wcale nie było luźniej. Stwierdziłam, że muszę obrać bardziej rygorystyczne kryteria. I wtedy postanowiłam wprowadzić coś, co od dawna planowałam. Już na długi czas przed tą rewolucją, przywiązywałam dużą rolę do jakości ubrania i materiału z jakiego jest uszyte. Chodzi mi oczywiście o to, że przy kupnie decydowałam się na naturalne materiały. Nie dotyczyło to jednak rzeczy, które w szafie już miałam. Odrzuciłam więc wszystko, co było sztuczne, nawet jeśli były to moje vintage perełki. Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że wbrew pozorom wcale nie było mi ich żal. Z radością posłałam je w świat dalej, oddając w inne, dobre ręce. Kiedy trafiłam na bloga Daily Elegance, tylko utwierdziłam się w tym, że moja decyzja była słuszna. Natalia przepięknie piszę o naturalnych materiałach i klasycznej elegancji. Serdecznie polecam Wam jej bloga, bo to kopalnia wiedzy i inspiracji.

Jak wygląda to w praktyce?

Nie kupuje pod wpływem chwili. Dokładnie sprawdzam skład materiału, stawiając na te naturalne. Istotną jest dla mnie również, czy rzecz została wyprodukowana w Polsce. Jeśli coś mnie zachwyci, to dokładnie analizuje ten zakup. Zazwyczaj produkt ląduję z powrotem na półce lub wieszaku. Staram się kupować tylko to, co jest mi niezbędne. I tak w przeciągu ostatnich kilku miesięcy zamiast nabyć kilkanaście rzeczy, nabyłam tylko kilka. Musiałam ich jednak, albo potrzebować , albo potraktowałam je jako inwestycje na lata. W tym samym czasie spora część mojej szafy wyfrunęła do nowego domu. A ja z każdą rzeczą, której się pozbywam, czuje się szczęśliwsza! Nigdy nie myślałam, że to możliwe, zwłaszcza, że jestem dość sentymentalna. Wiele czeka jeszcze na nowy dom, lub na wystawienie do sprzedaży, ale myślę, że pomału wszystkiego się pozbędę.
Bo pamiętajcie lepiej jest BYĆ niż MIEĆ.